Bezimienna

Wbrew temu co może się wydawać, historia ta jest prawdziwa; chociaż czasem zdaje mi się że wszystkie wydarzenia, które zaraz opiszę są zwykłym snem, gdzieś na krańcach mojej świadomości.
Może zacznę od tego kim jestem, otóż po pierwsze jestem strasznie nieśmiały w kontaktach z płcią przeciwną, prócz tego nieco staromodnym, i rzekłbym skończonym romantykiem, ale nie mnie to oceniać. Z powodu tych cech, już kilka razy porządnie się w życiu sparzyłem, a po tym jak zostałem potraktowany przez kobietę, która była moją pierwszą miłością, nie miałem najmniejszej ochoty na amory…
Cała ta systuacja miała miejsce w pociągu do Zakopanego, kiedy to postanowiłem poszukać swojego miejsca na tym świecie. Spakowałem swoje rzeczy, kupiłem na dworcu bilet, i jeszcze tego samego dnia siedziałem we wspomnianym pociągu… Podróż miała być długa… Zasiadłem w II klasie, i zacząłem czytać książkę „Ostatnia Świątynia”, autorstwa Christiana Jaquea… Przedział był zupełnie pusty, tak jak i zresztą większość pociągu, co ciekawe, zazwyczaj połączenie to było wypełnione pasażerami do ostatniego miejsca.
Dosiadła się mniej więcej na wysokości Poznania. Kiedy ją ujrzałem, coś we mnie… Coś w niej, ale nie tylko w jej urodzie uderzyło mnie. Wtedy poczułem coś… Trudne do sprecyzowania, coś więcej niż tylko rządzę, niby szept na skraju mego jestestwa, dziwną mieszankę uczuć, której do tego dnia nie jestem w stanie dokładnie określić. Nie była uderzająco piękna, była typem dziewczyny z sąsiedztwa, o delikatnej, skórze, i pięknych oczach koloru jesiennych liści. Jej włosy były czarne, niczym krucze pióra i opadały jej swobodnie do pasa, a usta mieniły się delikatnie od bezbarwnej pomadki, którą widać niedługo wcześniej użyła. Piersi miała foremne, nie za duże i nie za małe, idealne w swym rozmiarze…Ubrana była w białą bluzkę, i spódnicę w kwiaty… Moja wyobraźnia igrała ze mną, i dałbym głowę że poczułem ich zapach… Przełknąłem ślinę… Chciałem coś powiedzieć, ale jakaś wewnętrzna siła powstrzymywała mnie… Czułem strach, nogi miałem jak z waty, nagle poczułem się głodny, i spragniony zarazem… Prawdziwa faeria odczuć.
Przeklnąłem w duchu swą nieśmiałość, która powstrzymywała mnie od wypowiedzenia choćby słowa… Prostego: „Witaj” lub „Jak się masz?”. Jednak niewidoczna ręka losu dopomogła mi.
- Przepraszam – powiedziała do mnie, wyrywając mnie z głebi mego zamyślenia. Spojrzałem jej w oczy, teraz zdała mi się jeszcze piękniejsza… Mawiają, że oczy są zwierciadłem duszy, a ja ujrzałem w niej istotę niewinną, wręcz anielską, niby specjalnie dla mnie zesłaną z niebios.
- Tak? – zapytałem lekko speszony.
- Mógłby pan mi pomóc, mam ciężki bagaż, i chyba nie dam rady położyć go na półeczce… – uśmiechnęła się, i spojrzała na mnie odmętem swych oczu, i poczułem że topię się w ich bezkresie. Czuję że niezależnie czego by ode mnie zarządała, uczyniłbym to bez wahania…
Pokiwałem głową, i niezręcznie podszedłem do jej bagaży, nogi miałem niczym z waty. Wziąłem walizki, i niezgrabnie umieściłem je na półce. Spojrzałem na nią, a ona uśmiechnęła się, rozświetlając cały świat swym uśmiechem. Odwzajemniłem go… Zaczęliśmy rozmawiać, zdawało się to trwać wieczność. Rozmawialiśmy o tylu rzeczach, o poezji, o książkach, i o rozlicznych innych tematach… Stacje mijały nas, a my tylko rozmawialiśmy… Sama jej obecność była niczym balsam dla mej duszy. Nawet nie wiem w którym momencie nasza rozmowa zeszła na temat naszych związków z przedstawicielami przeciwnej płci… Okazało się że niedawno zerwała ze swoim chłopakiem, swoją pierwszą miłością, i chociaż wolałem nie rostrząsać tego tematu, ona opowiedziała mi jak przyłapała go na zdradzie z jedną ze swoich przyjaciółek. Jak poczuła się samotna i opuszczona przez drugiego człowieka, jak całe życie staciło dla niej sens. Teraz jechała do rodziny na wieś, żeby odpocząć od wielkomiejskiego zgiełku, który jak sama twierdziła przytłaczał ją… Że chciała by choć raz w życiu poczuć się wolna od wszystkich tych rzeczy, które od pewnego czasu ją przytłaczały. W pewnym momencie spojrzała mi głeboko w oczy, i pocałowała… Czułem na swoich wargach aksamit jej ust. Odwzajemniłem go, delikatnie zchwyciłem ją w ramiona, i pogrążyłem się w tej chwili, o której wieczne trwanie modliłem się w duszy… Nasze usta rozeszły się na chwilę, spojrzeliśmy sobie w oczy, słowa nie były już potrzebne, czuliśmy się niby opętani. Zamknąłem drzwi przedziału, załoniłem wszystkie okna, i jak dziki zwierz rzuciłem się na nią znów spragniony zakosztować słodyczy jej ust. Byliśmy niczym zwierzęta, opętani przez coś pierwotnego w nas… Nawet nie byłem świadom istnienia tej części mej duszy. Obsypywaliśmy się gradem pocałunków, delikatnych, acz namiętnych. Powoli zaczęła rozpinać moją koszulę, a jej delikatne usta poczęły całować moją klatkę piersiową. Pchnęła mnie na siedzenia w przedziale, i coraz wolniej zaczęła posuwać się w dół, aż doszła do moich spodni, w których moja naprężona męskość oczekiwała jej pieszczot. Spojrzała mi w oczy, jednak cała niewinność jaka w nich przebyałą, skryła się za pierwotnymi instynktami… Uwolniła mego rycerza, i zaczęła delikatnie całować jego hełm, delikatnie muskając go zębami co jakiś czas, wzięła go do ust i zaczęła rytmicznie poruszać się wzdłuż jego długości… Czułem jak fala rozkoszy przenika mnie, gdy soki mej męskości wypełniły jej usta… Połknęła łapczywie ten nektar, i zamruczała, sprawiając że mój oręż znów gotował się do bitwy, jednak za tak cudowne przeżycie należało dokonać stosownej odpłaty… Oboje wstaliśmy z foteli przedziału, i stanęliśmy na podłodze, zdjąłem jej bluzkę, i spojrzałem na jej piersi, uwięzione w bieli stanika, rozpiłąłem go, i pozwoliłem dwu cudownością ujrzeć świat zewnętrzny… Uklękłem, jak człowiek prosty przed nieskończonym pięknem, i zacząłem delikatnie całować jej piersi, w między czasie usuwając rękami przeszkodę, która broniła mi dostępu do jej ośrodka namiętności, pod kwiecistą spódnicą… Mój palec, zaczął powoli i delikatnie zagłebiać się w tych odmętach, nadal całując jej piersi… Anioł z którym pogrążałem się w grzechu, delikatnie wzdychał, co jeszcze bardziej wzmagało moje podniecenie… Rzeka soków jej owocu, zaczęła wylewać na moje ręce, jej oddech przyspieszał, a i czułem że szczyt jej rozkoszy jest blisko… W pewnym momencie, fala przyjemności wstrząsnęła moją towarzyszką. Kolana ugięły się pod nią, a ja pomogłem jej ułożyć się na siedziskach… Odetchnęliśmy na chwilę, ale nasz głód nie został jeszcze nasycony… Pocałowałem ją, i czułem że jest gotowa, postanowiłem spróbować jak smakują jej soki… Uklękłem przed nią, rozchyliłem jej piękne nogi, i pocałowałem ośrodek rozkoszy, delikatnie zacząłem masować rękami pachwiny, a moim językiem począłem delikatnie wodzić koła wokół wejścia do lasu Afrodyty… Jednak czułem zwierzęce pragnienie poczucia smaku jej głębi, i mój język zaczął wnikać, do jej środka… Oddychała w rytm jadącego pociągu, zmierzał po prostej przyspieszał… Po raz drugi anioł mój zaznał ziemskiej rozkoszy… Mruczała, i czułe że jest słaba, zebrała jednak siłę, i posadziła mnie obok siebie… Usiadła na mnie, niczym amazonka dosiadająca swego rumaka, spojrzała na mnie z rządzą, i powiodła mą męskość do swej jaskini… Poczułem, jak zanuża się w niej… Przez chwilę odzyskałem świadomość, i przestraszyłem się… Ona jednak poczuła to spojrzała mi w oczy, dotknęła swą dłonią mego policzka, i delikatny głosem powiedziała: „Nie bój się”. I uraczyła mnie pocałukniem… Strach przeminął, powli zaczęła galopować na mym rumaku… Tętent kół przypominał konną jazdę, ujeżdzała mnie w rytm stukatu… Moje ręce, delikatnie masowały jej boskie piersi… I czułem że oboje zachwilę osiągniemy szczyt naszych rozkoszy… Poczułem jak zalewa mnie fala ciepła, i razem z moją towarzyszką dałem się ponieść temu uczuciu…
Nie pamiętam co stało się potem gdyż opadłem bez sił… Gdy rano, ok. 1/2 godziny przed stacją docelową obudziłem się, mego anioła już przy mnie nie było… Pospiesznie ubrałem się, i zacząłem szukać śladów, jej obecności, dowiedziałem się od konduktora, że młoda dama, pasująca do mego opisu wysiadła w Białym Dunajcu… Zapłakałem w duszy, gdyż to co się wydarzyło jawiło mi się niczym preludium do przyszłego romansu, ale jak zwykle rzeczywistość udowodniła, że przyszłość ma nie ma być usłana różami… Prócz tego czuję żal jeszcze tylko do jednego faktu… Że nigdy nie poznałem jej imienia…

Dodaj komentarz