Ciche dni

Zdarzają nam się tak zwane ciche dni. Powód jest zwykle błahy – zapomniałem załatwić jakiejś domowej sprawy, powiem coś głośniej i Ola zaczyna się dąsać. Jeśli nie unicestwię sprzeczki w zarodku żartem, ciepłym słowem lub gestem, powiem jedno ostrzejsze słowo, milknie na cały dzień. Obnosi obrażony wyraz twarzy, nie reaguje na słowa pojednania. Wykonujemy wiele, co dziennych czynności, ale bez słów. Te scysje początek mają zwykle rankiem. I trwają do wieczora albo i dłużej. Chyba, że zjawi się w domu ktoś obcy. Wtedy dąsy odkładamy na później.

Godzi nas wspólny tapczan. Bo ciągle śpimy razem. I nie wynika to z ciasnoty mieszkania – moglibyśmy spać w oddzielnych pokojach. Jednak Ola nie godzi się na to, nawet, gdy się pokłócimy, nie wyrzuca mnie na wersalkę do sąsiedniego pokoju. Zawsze pierwszy kładę się spać. Nawet, jeśli zdarzy mi się wrócić do domu późnym wieczorem. Czeka na mnie i kładzie się do snu dopiero wtedy, gdy się już zadomowię na tapczanie. Lubi wchodzić pod kołdrę wygrzaną moim ciałem. Leży na prawym boku odwrócona do mnie tyłkiem. Uwielbiam tę jej pozycję – przytulam się do jej pośladków i zasypiam w ich kołyszącym cieple. Oczywiście najczęściej, gdy wejdzie pod kołdrę, przytula się do mnie piersiami, brzuchem, wabi rozchyleniem ud, pieścimy się długo i gorąco. Potem wsuwam się między jej nogi i kochamy się zapamiętale, z oddaniem. Czasem ona mnie dosiada. Uwielbia to, ja mniej. Te dwie pozycje nas zadawalają, nie wymyślamy jakichś wykwintnych figur. W robocie bywa też prysznic – gdy pod strugami cieplej wody doznaję gwałtownego wzwodu, wołam:

- Olu, umyj mi plecy.
- Czy tylko plecy? – mówi ze śmiechem, widząc penisa nastroszonego bojowo. Zrzuca szlafrok, wchodzi pod prysznic. Namydla mi plecy, potem mosznę, penisa. Rewanżuję się jej myciem przestrzeni poniżej zarośniętego wzgórka. By mi to ułatwić, wypina do przodu biodra. Zdejmuję z wieszaka sitko natrysku i strumieniem cieplej wody masuję jej płatki rozchylone pożądliwie. Potem podnoszę jej nogę i wsuwam penisa w to upragnione, kochamy się w strugach wody.

Oczywiście na tę ekstrawagancję stać nas rzadko. W soboty i w niedziele, gdy czasu mamy trochę więcej i nadejdzie nas apetyt na zabawy, wymyślne figielki.
Jak powiedziałem, godzi nas wspólny tapczan. Nie tak od razu. Czasem to kosztuje mnie sporo wysiłku i cierpliwości. Samym przytulaniem się do pośladków nie potrafię poprawić jej humoru. Muszę głaskać plecy, drapać łopatki, a penisa bez ustanku wpychać między jej zaciśnięte uda, by dosięgnąć upragnionej niszy. Gdy tam wniknie, jej złość topnieje, unicestwia ją ten posuwisty ruch. Jeszcze jednak na to nie pora, jeszcze trzyma pośladki i uda stulone, nie potrafię sforsować ich penisem, a rękami nie wypada. Nadal, więc na jej ciele poszukuję tych miejsc, których dotykanie wywołuje zrazu ledwo dostrzegalne dreszcze, potem coraz ostrzejsze. Gdy usłyszę cichy pomruk, wiem, że moje zabiegi nie idą na marne. Wtedy jej pośladki nie są już tak bardzo napięte, łagodnieją. Mój penis jeszcze nie może dobrnąć do kresu, ale już wyczuwa miękkość rozchylającą się z radosnym westchnieniem. Ola nadal się broni, udaje obojętność, ale penis już jest tuż przy wejściu do jej wądołka, pręży się mocniej, już wie, że zaraz tam się rozgości. Jeśli tylko dotrę do jej piersi, by igrać z sutkami. Przedtem jednak trzeba unieść koszulę. Najtrudniej wyciągnąć ją spod jej biodra. Na szczęście pomaga mi – udając, że się poprawia na posłaniu, unosi lekko tyłek. To jest ten moment, żeby obnażyć jej ciało aż pod szyję. Gdy pieszczę nabrzmiałe sutki, jej uda nie wytrzymują napięcia – rozluźnia je, podsuwając mi lekko swój wspaniały tyłek. Na to tylko czekam -jeden umiejętny ruch i już ją mam – mój penis wnika w wilgotne, czułe. Po zdecydowanym pchnięciu odwrót wykonuję powoli, z namysłem, nieśmiało. I znowu pcham ostro, głęboko. Ciało jej łagodnieje, staje się łakome pieszczot. Obejmuję jej biodra, przyciągam do siebie, przekrzywiam się, by penis agresywniej ocierał się o ścianki jej niszy. Ola wykonuje gwałtowny obrót, łapie mnie między uda, wciska sobie mego flaka i gdy on już szuka dna rozkoszy, szepce:

- Ty zawsze musisz mnie zdenerwować.
- Wybacz, tak mi się powiedziało – zwykle już nie pamiętam, o co poszło.

Kochamy się wtedy z większym oddaniem, z większym żarem niż w dniach, kiedy nic nie zakłóca harmonii rodzinnej. A rankiem bywa zwyczajnie-ani śladu dąsów, pretensji. Zwracamy się do siebie z większą serdecznością, czulej.
Tego dnia jednak stało się inaczej niż podczas poprzednich niesnasek. Wróciłem późno, już o zmroku. Uczestniczyłem w pewnym spotkaniu towarzyskim i nie zdążyłem poskromić oznak rozradowania w oczach. To ją chyba mocno dotknęło. Jej twarz była lodowata, nie reagowała na moje uśmiechy, ciepłe słówka, próby usprawiedliwienia późnego powrotu. Nie było mowy o wspólnej kolacji. Polo żyłem się i czekając na jej nadejście, zasnąłem. Przebudziwszy się po krótkim śnie, zdziwiłem się, że nie leży obok. Pomyślałem, że siedzi jeszcze w kuchni. Było tam jednak ciemno. Zajrzałem do sąsiedniego pokoju – leżała na zaścielonej wersalce. Bez namysłu uniosłem kołdrę, przytuliłem się do jej ciała. Drgnęła przebudzona.

- Wyjdź stąd powiedziała ostro.
- Ani mi się śni – rzekłem i rozpocząłem zwyczajowo grę z jej ciałem. Odepchnęła mnie zdecydowanie, brutalnie. Nie ustąpiłem. Rozbłysło światło. To też nowość, nigdy w takiej chwili nie zapalała lampy. W blasku dojrzałem jej ironiczne spojrzenie. Nie zniechęciło mnie, znowu spróbowałem. I znowu odtrąciła moje dłonie łaszące się do jej ciała.
- Zgaś – powiedziałem. Bo ciemność za każdym razem nam sprzyjała, gdy pieszczotą nakłaniałem ją do zgody.
- Nie – rzekła. – Wynoś się. Chce mi się spać. I nie próbuj, nic nie wskórasz.
I te słowa nie zniechęciły mnie. Usiłowałem ręką rozszerzyć jej uda. Odepchnęła mnie, wstała, przeniosła się na tapczan w sypialni. Oczywiście poszedłem za nią.
- Daj mi spokój – krzyknęła, gdy znowu znalazłem się obok niej. Ani mi w głowie ustąpić. Ten jej opór był podniecający, zbrutalizował moje ruchy. Udało mi się wcisnąć kolano między jej uda, chwycić dłonie, rozkrzyżować, a penisem przycisnąć się do jej krocza. Kręciła tyłkiem, nie ma mowy, żebym zdołał wetknąć jej bez pomocy ręki. Puściłem jedną jej dłoń, by naprowadzić penisa, ale uderzyła mnie pięścią w oczy. Niezbyt mocno, ale zaskoczył mnie ten cios, zdziwił. Puściłem jej drugą rękę, wyrwała się, uciekła, zamknęła się w łazience. Szarpnąłem klamkę. Zatrzask służący do zamykania drzwi od wewnątrz, złamał się, puścił. Zobaczyłem jej przerażone oczy. To mnie powstrzymało. Wycofałem się do kuchni, przysiadłem na stołku. Chyba zwariowałem, żeby odstawiać takie szopki. Zapaliłem papierosa, wyciągnąłem z lodówki piwo, uspokajałem się powoli. Zaglądnąłem do środka, gdy skończyłem palenie. Zbaraniałem – stała pod natryskiem w strumieniu wody.

- Chodź, woda jest w sam raz – rzekła jakby nic się nie stało. – Przecież ty się dzisiaj nawet nie wykapałeś.
To dziwne, nigdy nie zaniedbywałem higieny. Co się takiego wydarzyło, że nawet nie poszedłem pod prysznic? To popołudniowe spotkanie i pewna dziewczyna spoglądająca na mnie obiecująco? A potem lodowate oczy Oli? A chyba najbardziej to, że nie przygotowała mi kolacji.

Zrzuciłem piżamę, stanąłem pod prysznicem. Musnęła zalotnie pośladkami me genitalia. Raptowny wzwód przejął mnie dreszczem. Ola zachichotała i wypięty tyłek przytknęła do mego krocza. Złapałem ją za biodra, przyciągnąłem. Ola pochyliła się bardziej, by ułatwić mi wejście do jej nasiąkł ego wilgocią wnętrza. Po kilku ruchach uciekła mi, odwróciła przodem, położyła mi nogę na biodro i chwyciwszy mego figlarza, wsunęła do swego wądołka. Uniosłem ją, zacisnęła nogi na mych biodrach.

- Zanieś mnie na tapczan.
- Co ty, zmoczymy pościel. Musimy się wytrzeć.
- Nie, chcę mokra, Pościel zamierzałam zmienić.
Mokrzy i wciąż złączeni legliśmy na kołdrze. Nie zwlekałem – od razu wziąłem ostry kurs. Wiedziałem, że Ola jest bliska orgazmu – zawsze to wyczuwałem – szybkimi, więc ruchami doprowadziłem do finału. I opadłem bez sił. Dawno nie byłem tak wymęczony i tak szczęśliwy, usatysfakcjonowany. Leżeliśmy w milczeniu. Ola podniosła się, poszła do łazienki obmyć się. Potem zawołała mnie z sąsiedniego pokoju:

- Chodź na wersalkę. Nie będziemy spać w mokrej pościeli.
Rzeczywiście, było mokro, chociaż przedtem tego nie czułem. Obmyłem się i zasnęliśmy przytuleni.

Nazajutrz, gdy wychodziłem do pracy, Ola odsłoniła udo i pokazowa mi siniaka.
- Patrz, coś mi zrobił wczoraj. To był gwałt. Zgodziłam się na stosunek, bo się obawiałam, że się rzucisz na mnie i narobisz mi więcej siniaków. No idę już. I wróć punktualnie.

Dodaj komentarz