Moje wyznanie

To opowiadanie jest swego rodzaju wyznaniem. Jest to dla mnie sprawa tak intymna i tak wyjątkowa, że nie mogę się podzielić nią nawet z najbliższą przyjaciółką. A mimo to jest we mnie jakaś ekshibicjonistyczna chęć podzielenia się tą historią z kimś innym. Chcę w jakiś sposób powiedzieć o tym światu, a jednocześnie pozostać ukryta za zasłoną sieciowej anonimowości. Myślę, że nie jestem jedyną osobą z podobnymi przeżyciami… a może właśnie jest wręcz przeciwnie? Czy to potrzeba jakiejś autoterapii? Ale z drugiej strony, nie chcę niczego w sobie naprawiać… Wiem, dziwnie to brzmi, ale miotają mną sprzeczne emocje – stąd może ten chaotyczny początek… Może to nie jest tekst napisany pięknym, literackim językiem. Może nie jest podniecający. Ale jest szczery. Jest mój. To moja historia.

Jestem zwykłą, przeciętną dziewczyną. Ani zbyt ładną, ani zbyt brzydką. Od kilku lat mieszkam w dużym mieście, do którego przeprowadziłam się z rodzinnego miasteczka, w którym się wychowywałam. Od czasu rozpoczęcia studiów praktycznie odcięłam się od środowiska, z którego wyrosłam. Poznałam nowych znajomych, zaczęłam obracać się w studenckich kręgach. Wiadomo: imprezy, wspólne wypady w góry, pierwsze poważniejsze romanse… Życie jednej z wielu studentek.

Jeszcze podczas studiów, zaczęłam pracować. Szło mi dobrze, choć ucierpiało na tym trochę życie towarzyskie. Ale przynajmniej byłam samowystarczalna. Przestałam zastanawiać się nad powrotem w rodzinne strony. Dorobiłam się samodzielnego mieszkania (choć oczywiście musiałam też trochę skorzystać z pomocy rodziców). Niewielkiego, ale własnego. Można więc powiedzieć, że stanęłam na własnych nogach. W dodatku dostałam awans, a nawał obowiązków sprawił, że już zupełnie nie wracałam myślami do rodzinnego domu. Nawet mi to odpowiadało… Mogłam w końcu żyć dla siebie – jak chciałam.

Jakiś rok po skończeniu studiów poznałam Sławka. Pracował w zaprzyjaźnionej, współpracującej z moją firmą kancelarii adwokackiej. Zaczęliśmy się spotykać. Kino, kawiarnia, wspólne wypady na imprezy… To nie był mój pierwszy facet, ale żadnego wcześniej nie traktowałam tak poważnie. To już nie była studencka, wakacyjna miłość. Wiedziałam, że to już nie krótki romans, z rodzaju tych rozpoczynanych po drugiej wspólnej imprezie i pieczętowanych wspólnym wypaleniem trawki. To nie miał być tylko szybki seks pomiędzy jednym a drugim egzaminem. To było coś innego.

Sławek był inny niż moi wcześniejsi faceci. Żaden nie miał takiej klasy. Oczytany, uprzejmy, elegancki – a jednocześnie z tym błyskiem w oku, który my wszystkie tak lubimy. Są tacy mężczyźni… mają ten dziwny ogień w oczach, do którego wszystkie lecimy jak ćmy i w którym tak łatwo płoniemy… Nie jestem specjalnie pruderyjna, a że Sławek był zdecydowanie w moim typie, więc długo nie trwało, zanim nasze spotkania nie uzyskały łóżkowego wymiaru. I było nam z tym dobrze.

Seks to fantastyczna sprawa, choć nigdy nie oceniałam związków wyłącznie przez jego prymat. Owszem, fajnie jest jeśli temperamenty się dogadują, ale żeby od razu uzależniać od tego bycie ze sobą? W każdym razie, jeśli chodzi o te sprawy, to Sławek był naprawdę świetny. Potrafił rozbudzać we mnie uczucia i pragnienia o które wcześniej bym się podejrzewała. Nie, to nie znaczy wcale, że na studiach byłam jakąś zahamowaną szarą myszką. Ale otwartość Sławka w sprawach seksu rzeczywiście mi imponowała. Kochaliśmy się często i na najprzeróżniejsze sposoby. Na samą myśl, że się spotkamy po pracy i że poczuję jego męskie, silne dłonie na swoim ciele od razu traciłam skupienie. Patrzyłam się tępo w monitor i w myślach przywoływałam jego zapach, jego smak, emocje, które czułam, gdy oddawałam mu się, gdzie tylko zapragnął. Potrafiłam przywołać na zawołanie aksamitną miękkość jego gładkich, jędrnych ust. Ulotny ślad whisky, którą czasem pijał. Słodki, przesycony nutą gorzkawego posmaku. W takich sytuacjach wskazówki zegarka wydawały się przesuwać nieskończenie wolno, a każda sekunda była istną torturą.

Będąc ze Sławkiem, poznawałam seks na nowo, jakby wszystkie dotychczasowe przeżycia były tylko namiastką, wstępem do prawdziwego zrozumienia. Uwielbiałam sprawiać mu przyjemność, obserwować jego radość i głębię spełnienia. Czuć, jak w mojej dłoni jego ciepły narząd szybko rośnie i wzbiera pożądaniem… jak pręży się dumny i potężny pod moimi szybkimi ruchami… patrzeć na jego twarz w chwili, gdy zaciskając ręce na kołdrze, kończy w moich ustach. Świadomość, że to mój dotyk, moje ciało działają na niego w ten sposób była jak najcudowniejszy narkotyk… Bywały momenty, że większą satysfakcję czułam z dawania mu rozkoszy, niż z własnego orgazmu.

Sławek potrafił rewanżować się tym samym. To on nauczył mnie, co to znaczy mistrzostwo francuskiej pieszczoty. Jego język trafiał zawsze tam, gdzie powinien. Wystarczyło, że przeciągnął po mojej szpareczce raz i drugi, a już byłam gotowa. On jednak potrafił przedłużać zabawę w nieskończoność, aż moje wnętrze pływało całe w sokach, błagając o wypełnienie. Czułam jak moje uda same rozchylają się ukazując bezbronną, tęskniącą brzoskwinkę, kusząc jej nabrzmiałym, błyszczącym wnętrzem. Myślałam tylko o tym, żeby otulił moją łechtaczkę cudownym ciepłem swoich ust. Nie panowałam wtedy nad własnym ciałem… bezwiednie chwytałam głowę Sławka, zanurzając palce w jego długich włosach, przyciągając ku sobie, przyciskając do swego rozpalonego pożądaniem, drżącego ciała. Byłam cała jego. Sycił się mną, moim smakiem, moim oddaniem, moją lubieżnością. Wnikał językiem pomiędzy rozchylające się płatki, drażnił je krótkimi, szybkimi pociągnięciami… Potem przewracał mnie na brzuch. Uwielbiałam ten moment. Unosiłam się na kolana, nisko trzymając głowę, a Sławek powracał do pieszczot. Myśl, że widzi mnie w tej pozycji, pokorną, rozgrzaną… rozkosznie i zachęcająco kręcącą tyłeczkiem… ukazującą rozchyloną pożądaniem szparkę podniecała mnie do szaleństwa.

W tej pozycji doznania były inne – bo inaczej układała się moja muszelka. Język pieścił teraz drugie, tylne zwieńczenie szparki. Czasem w jakiś przedziwny sposób naciskał to tajemne miejsce, w którym cipka się kończyła… Umiejętny, mokry dotyk tego niewielkiego punktu pomiędzy jedną dziurką a drugą przyprawiał mnie o szaleństwo. Nie byłabym w stanie wówczas powiedzieć, czy bardziej pragnę, aby wślizgnął się pomiędzy moje uda i doprowadził mnie do końca swoim wspaniałym językiem, czy żeby wszedł we mnie od tyłu, w kilku ruchach doprowadzając nas do wspólnej ekstazy.

To były szalone dni – zwierzaliśmy się sobie z najskrytszych, najdziwniejszych pragnień. Odkryłam w sobie nowe, mroczne chęci. Czułam się wspaniale jako zdominowana niewolnica, jako seksualna zabawka, nie panująca nad swoim ciałem… choć często zdarzało się też, że bawiliśmy się w drugą stronę. Skoro obojgu to nam pasowało, to dlaczego nie wymieniać ról? Może to nie było modelowe BDSM, zresztą nie obchodziły nas etykietki. Po prostu oboje zapuszczaliśmy się w krainy swoich marzeń, penetrując niezbadane regiony swoich fantazji. Cudownie było mieć koło siebie człowieka, z którym można dzielić takie tajemnice, ufać mu i wzajemnie dzielić się własnymi przeżyciami.

Było nam tak dobrze, że postanowiliśmy zamieszkać razem. Sławek miał tylko wynajętą niewielką kawalerkę, więc było oczywiste, że zamieszkamy u mnie. Boże, jakie to było cudowne. Budziłam się rano, w objęciach ukochanego mężczyzny, wtulona w jego zapach, w pościeli, z której jeszcze sączył się ulotny aromat naszych namiętności. Nie ma chyba dziewczyny, która nie marzy o takich chwilach… Zaczynałam się łapać na myśli, że może to jest to, że może warto związać się ze Sławkiem na długo. Na bardzo długo.

Zanim zdążyłam na dobre przemyśleć taką ewentualność, Sławek oświadczył mi, że jego firma rozpoczyna obsługę nowego, dużego klienta i w związku z tym będzie musiał częściej wyjeżdżać. Nie było to nic nadzwyczajnego – zdarzało się zresztą wcześniej. Tym razem jednak miało to być na tyle częste, że Sławek – trochę zakłopotany – postanowił sprawić mi prezent. Dziesięciotygodniowego, prześlicznego, złotego labradora. Żebym nie czuła się samotna. No rzucił mnie tym na kolana dokumentnie. Rozczulił… Dałam się udobruchać. Zawsze kochałam psy (wychowywałam się z nimi od zawsze, pamiętam, że rodzice przez całe moje dzieciństwo mieli przynajmniej jednego), więc trudno było o lepszą niespodziankę. Ares został przyjęty jako członek rodziny, a moje uczucia do Sławka były jeszcze gorętsze.

Mijały dni. Sławek wyjeżdżał i wracał. Zdarzało się, że nie było go nawet tydzień. Gdy przyjeżdżał, był totalnie zmęczony i zaczęłam się o niego bać. Co gorsza, zdarzały się nam spięcia, czego wcześniej w naszym związku nie było. Co prawda godziliśmy się potem (i to w sposób, który powalał rozładować nie tylko jeden rodzaj napięcia), ale jednak gdzieś na dnie naszego związku pojawił się osad.

Grom spadł na mnie zupełnie niespodziewanie. Wszystko to stało się przypadkiem i było jakby wycięte z kiepskiej telenoweli. Sławka nie było od kilku dni. Byłam wkurzona i markotna, jak każda kobieta w takiej sytuacji. Jakby tego było mało, zbliżał się okres (wiadomo, jak to działa), a mój szef uwziął się, żeby dać mi w kość. Kulminacją tego było wysłanie mnie do innego miasta z misją uzgodnienia szczegółów umowy z naszym inwestorem. Zupełnie, jakby nikt inny nie mógł zrobić. Na nic zdały się przekonywania, że można załatwić to telefonicznie, że nie mam z kim zostawić psa, że się fatalnie czuję… „Szybciej pojedziesz-szybciej wrócisz”. Chciało mi się ryczeć z bezsilnej złości. W dodatku Sławek miał wrócić tego samego dnia wieczorem, a byłam już potwornie stęskniona… ale co było robić? Wsiadłam w pociąg i pojechałam.

Gdyby ktoś mi to opowiadał, nie uwierzyłabym. Gdybym widziała to w kinie, uznałabym to za prymitywny pomysł słabego scenarzysty. Ale ja to przeżyłam. Na własnej skórze. Do dziś, gdy sięgam pamięcią do tamtych dni, zbiera mi się na płacz. Więc powiem krótko: przez czysty przypadek spotkałam Sławka na dworcu. Wpadłam na peron w ostatniej chwili i w pierwszej chwili uznałam, że chyba się pomyliłam. Przecież Sławek miał być gdzie indziej. Na delegacji. W zupełnie innym mieście. W dodatku nie był sam. Był z kobietą, z dziewczyną nieledwie. Z jakąś głupią, młodą siksą w wyraźnie widocznej ciąży. A jego zachowanie nie pozostawiało złudzeń co do jego relacji. W każdym razie nie do momentu, gdy zaczął się z nią całować. Teraz nie mogłam się mylić. Znałam te pocałunki… ileż razy sama poddawałam się ich pieszczocie! A potem Sławek przytulił ostrożnie dziewczynę i wszedł do wagonu.

Stanęłam jak wryta i właściwie nie widziałam co mam robić. Cały świat walił mi się na głowę. Ze stuporu wyrwał mnie dopiero rozlegający się z megafonów głos oznajmiający odjazd pociągu. Na szczęście konduktor stał akurat koło mnie i zdążyłam wpaść do wagonu, zanim ruszył. Znalazłam swoje miejsce, usiadła i gorączkowo usiłowałam znaleźć jakieś racjonalne wytłumaczenie. Może to nie on? Bzdura, nie mogłam się pomylić, stałam o kilka kroków od niego. W dodatku miał na sobie ubranie Sławka! Kim była dziewczyna w ciąży? Jego siostrą? Przecież nie miał rodzeństwa, a po za tym nie całuje się tak własnej krewnej! I jeszcze ta opiekuńcza czułość, z jaką Sławek położył dłoń na wydętym brzuchu! Cholera, o co w tym wszystkim chodzi!? Rozpaczliwie szukałam jakiegoś wyjaśnienia, z całej siły próbując nie dopuścić do siebie najbardziej elementarnej prawdy. Byłam gotowa uwierzyć w jakiś przedziwny spisek, w którym od grał rolę podstawionego agenta, czy kogoś w tym stylu. Ale Sławek był prawnikiem, a nie detektywem.

Przez całą podróż nie zmrużyłam oka. Potem wyszłam z wagonu (na szczęście druga klasa, którą jechałam była oddzielona od pierwszej wagonem Warsu) i jeszcze raz przyjrzałam się Sławkowi. Tak, to był on. Bez najmniejszych wątpliwości. Wróciłam do domu taksówką, gorączkowo myśląc, co powinnam była zrobić. Wyprowadziłam Aresa, nie zważając uwagi na jego radosne powitalne skoki i zrobiłam zakupy. Machinalnie przygotowałam kolację… Dźwięk klucza w zamku przywrócił mnie do rzeczywistości. Sławek. Ucałował mnie i wręczył mi bukiet kwiatów. Że niby się tak na niego wyczekałam. Chciał mnie przytulić i pocałować, ale wykręciłam się początkami grypy. Wstawiłam kwiaty do wody. I wtedy niby od niechcenia spytałam, jak było na delegacji. Myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi. Sławek roześmiał się i zaczął opowiadać jakieś głupoty. I wtedy nie wytrzymałam. Obróciłam się, spojrzałam mu prosto w oczy i spytałam czemu mnie okłamuje. Zbladł. W tym momencie zrozumiałam, że spełniają się moje najgorsze przeczucia. Usiłował coś kręcić, więc powiedziałam, co widziałam dziś na dworcu. I wtedy zamilkł i zwiesił głowę.

Rozmowa był długa i bardzo bolesna. Dowiedziałam się, że mój facet od pewnego czasu prowadził podwójne życie. Miał dziewczynę. Podobno chciał mi o tym powiedzieć. Podobno kochał nas obie i nie potrafił wybrać. Podobno… ile ja wtedy usłyszałam zapewnień! Wtedy zrozumiałam, że to nie ta dziewczyna była „tą drugą”. To ja nią byłam. Skurwysyn okłamywał mnie od samego początku. Te jego delegacje zaczęły się, gdy ona zaszła w ciążę. A ja byłam tylko świetną, przelotną inwestycją. Nie musiał płacić za wynajem mieszkania, a jeszcze miał dodatkowy seks za darmo… Sławek zaczął mnie przepraszać, mówić, że może wszystko jakoś się ułoży… Nie wytrzymałam. Z zimnym, lodowatym spokojem powiedziałam, że nic się nie ułoży. Że ma położyć na stole klucze i ma się natychmiast wynosić. Że jutro zawiozę mu jego rzeczy do pracy. Wstał i beznadziejnie oznajmił, że nie ma gdzie spać. Że rozumie (!), że nie możemy być razem (!!!), ale że prosi o tę ostatnią noc. Z przyjaźni. Powiedziałam, że może sobie spać w firmie lub hotelu. Albo pod mostem. Byle nie tu.

Po jego wyjściu, padłam na łóżku i rozbeczałam się. Szlochałam i wyłam, pełna bezsilnego gniewu, potwornie skrzywdzona i przede wszystkim zdradzona. Czułam się podle, najgorzej jak tylko można. To już nie chodziło o to, że miał inną. Że bzykał sobie jakąś laskę na boku. Najgorsze było to dojmujące uczucie zdrady, potwornego, obrzydliwego oszustwa. Dzieliłam z nim każdą, najtajniejszą swoją myśl, pragnienie i marzenie – a on to wszystko zbrukał, zeszmacił i spodlił. Ares, zaniepokojony moim zachowaniem wlazł do pokoju i wskoczył na łóżko. Powinnam go zrzucić (nie pozwalałam mu brykać po wyrku), ale nie miałam na to siły. Wtuliłam się w jego futro i płakałam dalej. Kochane zwierzę czuło, że coś jest bardzo nie w porządku z jego panią. Cichutko skomlił i lizał mnie po rękach, jakby usiłując dodać mi otuchy. Tak zakończył się mój romans ze Sławkiem.

Czas mijał. Udało mi się na szczęście znaleźć w sobie siłę do zakończenia całej tej sprawy. Zresztą mój eks szybko zmienił pracę i wyprowadził się z miasta, pewnie do tej swojej dziewczyny. Nie obchodziło mnie to już. Mnie zostały samotne, gorzkie wieczory i noce. I konieczność odbudowy swojego życia.

Zaczęłam powoli. Najpierw skupiłam się na pracy. Potem wyremontowałam mieszkanie, żeby nie przypominało mi obecności Sławka. W końcu raz czy dwa pojawiłam się na firmowym wypadzie na imprezę, choć słabo się bawiłam. Nerwowo i wręcz alergicznie reagowałam też na wszelkie próby podrywu czy flirtu. Miałam dość facetów. Serdecznie dość.

Po jakimś czasie wróciły mi chęci na seks. Wiadomo, natura nie znosi próżni… także w wiadomym miejscu. Nie chciałam jednak z nikim się wiązać, a już na pewno wdawać się w jednorazowe układy. Pozostawały więc własne paluszki i czasami wibrator.

Ten dzień pamiętam, jakby to było wczoraj. To był zwykły, przeraźliwie długo trwający się piątek, jeden z szeregu wielu, bliźniaczo podobnych do siebie w ostatnim czasie. Nie miałam ochoty na żadne wyjścia, więc bólem głowy wykręciłam się od imprezy w klubie, na którą wyciągali mnie znajomi z firmy. Wróciłam do domu z mocnym postanowieniem urżnięcia się i przespania połowy soboty. Wychodząc na wieczorny spacer z Aresem, wstąpiłam do sklepu, aby kupić coś dobrego do picia. Najlepiej mocnego i słodkiego. Nabyłam dwie butelki.

Pierwszy kieliszek wychyliłam jeszcze przed prysznicem. Duszkiem. Potem nalałam sobie repetę. Czułam, jak mocny, słodki płyn rozchodzi się po moim ciele. Zrzuciłam ciuchy i wpakowałam się do kabiny. Uwielbiam stać pod strumieniem gorącej wody. Otacza mnie wtedy uspokajający, jednostajny szum. Silne uderzenia wody są jak kojący masaż. Para unosząca się w powietrzu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki otwiera wszystkie pory skóry. Zmęczenie wylewa się przez nie i razem ze spływającą wodą niknie w odpływie brodzika.

Stałam tak, opierając się o ścianę i pozwalałam, żeby woda bez końca obmywała moje ciało. Pieściła je. Gorące fale wywołały znajome uczucie w podbrzuszu. Zaczynało się tam, gdzie zawsze, nisko. Było jak delikatne muśnięcie, jak pierwszy pocałunek złożony na karku, gdy jeszcze świt nie przepędził nocnych marzeń. A potem poczułam w środku słodką ociężałość, mruczącą, leniwie budzącą się do życia jak zaspana kotka. Serce uderzyło szybciej. Zaczęłam delikatnie gładzić piersi, samymi końcami palców. Lubię moje cycuszki. Są w sam raz. Ani za duże, ani za małe. Wystarczająco duże, żeby przyciągać spojrzenia facetów, ale też nie takie, żeby sprawiały kłopoty podczas biegu czy ćwiczeń. Zgrabne i jędrne, umiejętnie potraktowane potrafią dostarczyć mnóstwa radości. Lubię masować je od dołu, delikatnie, stopniowo wzmacniając nacisk. Faceci zwykle robią to za szybko… Zawsze myślałam sobie, jakby to było, gdyby zabrała się za nie jakaś dziewczyna… Tylko kobieta może zrozumieć, jak sprawiać prawdziwą przyjemność drugiej kobiecie… Przedłużałam zabawę ze sobą, chcąc jak najdłużej prowadzić się przez cudowny stan pierwszych oznak podniecenia. Wypite wino w połączeniu z gorącą wodą wzmacniało doznania i sprawiało, że czułam się dziwnie lekka i ciężka zarazem…

Sięgnęłam ręką niżej, pogładziłam brzuszek i zalotnie przeciągnęłam palcem po mokrym i oczekującym guziczku. Westchnęłam cicho, pozwalając by krople wody rozprysły się na moich otwartych ustach. Paluszek, jakby prowadzony własną wolą skradał się, aby zanurzyć się w rozkosznym cieple mojej norki, ale z pewnym wysiłkiem powstrzymałam się… Reszta pieszczot potem, zajmę się sobą w łóżeczku… Skończyłam kąpiel i stanęłam boso na szorstkim ręczniku rzuconym na kafelki. Popatrzyłam na swoje odbicie w lustrze. Ostatnie stresy sprawiły, że trochę schudłam i z satysfakcją przyznałam, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ze szklanej tafli patrzyła na mnie całkiem sympatyczna i atrakcyjna dziewczyna. Buńczucznie postawione piersi zachęcały do pieszczot. Przez myśl przemknęła mi myśl, jakby to było mieszkać z inną dziewczyną… Może weszłaby teraz do łazienki i przytuliła mnie od tyłu, obejmując moje piersi zręcznymi, smukłymi dłońmi…? Uffff – to wino naprawdę było mocne… Szybko wysuszyłam głowę (jak to dobrze, że nie noszę już długich włosów!) i zawinęłam się w ukochany, biały szlafrok frotte. Uwielbiam jego dotyk, miękki, ale mile drażniący rozgrzaną skórę. Czas na kolejnego drinka… i na chłodną, podniecającą gładkość pościeli!

Weszłam do pokoju i wypchnęłam do korytarza Aresa, mimo jego zdecydowanych sprzeciwów. Nie potrzeba mi było jednak towarzystwa… Zapaliłam sobie świeczki zapachowe i wrzuciłam jakiś miły jazzowy kawałek, aby cichutko dotrzymywał mi towarzystwa. Kolejny łyk wina… musiałam być już nieźle wstawiona, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, czułam się pewnie i odważnie. Uzupełniłam alkohol w kieliszku i zdecydowanym ruchem rozpięłam pasek szlafroka. Tak, mogę się dziś trochę połajdaczyć! Mogę być striptizerką w luksusowym lokalu, na widok której wszystkim facetom ślina leci z ust, a spodnie wypychają sztywniejące pałki. Wszyscy chcą mnie mieć… Marzą o tym, aby skosztować mojego ciała… Inne dziewczyny patrzą na mnie zawistymi spojrzeniami… Zaczęłam się powoli rozbierać, kusząco kołysząc biodrami w rytm muzyki, zupełnie jakbym robiła to przed kimś. Przed kimś, kogo chcę podniecić. O, tak… niech popatrzy sobie na zgrabne piersi wyglądające nieskromnie zza zasłony. Niech rozgrzeje go widok stojących sutków. A co by powiedział na to, jeśli lubieżnie przeciągnę palcami po wygolonej szparce…? Wyobrażałam sobie siebie, stojącej na scenie, otoczonej przez tłum facetów. Podniecało mnie to. Może któryś nie wytrzyma i skoczy ku mnie, złapie mnie za rękę i mocno pchnie na stolik. A potem przydusi swoim ciężarem, dosiądzie mnie… trochę wbrew mnie samej… Brutalnie, mocno. Na oczach innych…

Szlafrok zsunął się w końcu ze mnie i opadł na podłogę. Ależ byłam napalona… Oddychałam ciężko, głęboko, wciągając powietrze do płuc. Poniosło mnie. Pociągnęłam kolejny łyk – tym razem prosto z butelki. Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam się znowu dotykać. Mocne wino rozgrzało mnie od środka. Bezwstydnie rozłożyłam nogi. Przymknęłam oczy i przywołałam sobie kolejną fantazję, jedną z moich ulubionych.

Jestem w hotelowym pokoju, przede mną stoi oszałamiający facet. Ma lekko oliwkową skórę, doskonałe, wysportowane ciało latynoskiego kochanka. Czuję jego zapach, orzechowy, korzenny, namiętny. Patrzy mi w oczy i spokojnymi ruchami gładzi swojego członka. Ma ciemniejszą barwę, niż reszta ciała mojego Latynosa. Delikatna, aksamitna skóra otaczająca jego wspaniały narząd ma barwę kawy z niewielką domieszką mleka. Już ja wiem, jakie mleko gotuje się w jego wnętrzu… Podziwiam dwie ciężkie, zwisające kule, kołyszące się w rytm ruchów dłoni. Dostrzegam, że mój kochanek depiluje włoski na mosznie. Kiedy wejdzie we mnie, nasze ciała będą się czuły tak wyraźnie… Tymczasem jednak do tego jest jeszcze daleko. On lubi patrzeć, jak kobieta sama się pieści, lubi odwlekać moment zespolenia. Więc sięgam palcami do swojej szpareczki, rozchylając kusząco jej płatki. Otwieram usta i pozwalam, aby koniec języka podkreślił kształt moich warg. Mój pokaz podoba mu się… Jestem cała dla niego, chcę mu to pokazać. Przygotowuję się na spotkanie jego wspaniałego członka.

Nagle w cudowne chwile mojego zapamiętania wdarł się obcy dźwięk. Ares! Musiał skoczyć na drzwi i udało mu się je otworzyć. Ostatnio nauczył się tej sztuczki. „Cholera” – przez zamroczoną alkoholem i przeżywanym uniesieniem głowę przemknęła mi rozpaczliwa myśl – „Tylko nie teraz…”. Nie potrafiłam się oderwać od przeżywanej rozkoszy. Moje palce już prawie zagłębiały się do środka, drażniły się z moją cipeczką, niecierpliwie wyczekującej wypełnienia. Kto by wówczas potrafił przerwać!? Z rozpaczliwą determinacją pomyślałam, że skoro już wszedł, to niech sobie popatrzy i oddałam się pieszczotom.

W tej samej chwili poczułam jak Ares skacze na łóżko. Wściekła, chciałam go zrugać, zrzucić na podłogę… ale w tym samym momencie poczułam coś, od czego moje ciało wygięło się w łuk rozkoszy. W pierwszej chwili jeszcze nie zorientowałam się, co się stało, dlaczego przenikają mnie fale przyjemności tak dojmującej, tak przenikliwej, jakiej jeszcze nigdy chyba nie zaznałam. Może tylko raz, jak wtedy, gdy pierwszy raz spróbowałam nieporadnymi, poszukującymi ruchami dotykać swojego niedojrzałego jeszcze guziczka…

W przesycone mocnym winem otępienie igły rozkoszy wbijały się jak błyskawice. Bezwiednie, pchana najniższymi odruchami ciała rozsunęłam szeroko uda, żeby tylko umożliwić temu wspaniałemu uczuciu, które mnie przeszywało lepsze dojście. Cofnęłam dłonie i zacisnęłam je kurczowo na pościeli. I nagle zrozumiałam. Otworzyłam oczy i nagle poczułam, że zamiera we mnie serce. Między moimi ugiętymi nogami ujrzałam łeb Aresa, który z entuzjazmem wylizywał moją rozwartą cipeczkę. To jego mokry język szalał między moimi udami wysyłając mnie na krawędź szaleństwa.

- Ares, nie… – jęknęłam – Zostaw…

Świat zawirował mi przed oczami. To wszystko rozgrywało się w ułamkach sekund – ale wydawało się godzinami. A może było na odwrót? Moje ciało wibrowało ekstazą, której nigdy jeszcze nie czułam. Wypite wino huczało mi w skroniach, a w środku czułam jeden, trwający wciąż spazm rozkoszy. Wiedziałam, że powinnam natychmiast zareagować… że powinnam to przerwać… że nie miałam prawa do odczuwania tej przyjemności – ale jednocześnie nie potrafiłam tego zrobić. Moje ciało działało za mnie, czułam jak spinam się w sobie, aby jeszcze bardziej wystawić się na cudowne doznania. Tak, wiedziałam w tym momencie, że jest to dziwaczne i odpychające, ale jednocześnie byłam zafascynowana tym, co się ze mną dzieje. Gdzieś w mojej duszy rodziło się pragnienie, aby to trwało wiecznie. Nikt nigdy, żaden facet, nie wylizywał mnie tak sprawnie, tak umiejętnie, z taką pasją. Moje soki płynęły obficie, ale Ares jakby tylko uznawał to za dodatkową zachętę. Nagle przestało mnie wszystko obchodzić, jakby coś we mnie pękło.

Moja dłoń sama uniosła się i przesunęła w stronę brzucha. Sięgnęłam dalej, palcami rozchylając moją szparkę. Jęknęłam, gdy cudowny, wszędobylski, mokry jęzor Aresa prześlizgnął się po moich bezbronnych płatkach. Jeśli jeszcze przed chwilą miałam w sobie resztki oporu, to teraz znikły wszystkie bariery. Nikt nigdy nie dostarczył mi takiej rozkoszy. Nikt nigdy nie wyzwolił we mnie takich emocji, takich pragnień, takiego zmysłowego odurzenia.

Byłam pijana. Mocno pijana. Ale może właśnie dlatego tak szybko straciłam nad sobą kontrolę. Czułam język Aresa, sięgający dokładnie tam, gdzie powinien. Gdzieś na granicy świadomości coś krzyczało we mnie: „Co ty robisz, pozwalasz psu… własnemu psu lizać się w taki sposób?”. To pytanie huczało mi w głowie, a jednocześnie tak bardzo pragnęłam, żeby to trwało dalej. Słowo PIES zawisło mi przed oczami, powtarzałam je gdzieś w środku, czując, że sprawia mi szaloną, perwersyjną radość. Świadomość tego, jakie bariery przekraczam, świadomość tego co robię była jak narkotyk, jak najlepszy afrodyzjak. Nigdy w życiu nie byłam tak bardzo podniecona. A Ares nie przestawał. Wylizywał mnie z pasją, z entuzjazmem i szaleństwem. Nie mogłam myśleć o niczym innym. Chciałam, żeby wylizał mnie do końca, chciałam mieć najlepszy w życiu orgazm, który da mi mój zwierzak.

Nie zastanawiając się wiele, obróciłam się na kolana. Nie wiedziałam czemu, to był impuls. Zawsze uwielbiałam tę pozycję… Błyskawicznie sięgnęłam między uda, położyłam palce na spływającej sokami cipce. Byłam taka mokra… Mój własny dotyk podziałał na mnie jak ostroga na galopującego konia. Znowu poczułam Aresa… jego mokry język, szaleńczo roztańczony, gorączkowo poszukujący mojego skarbu. Przeciskał się pomiędzy moimi palcami, usiłując z powrotem dobrać się do upragnionego celu. Wszystko przestało się liczyć… rozsunęłam palcami wargi, otworzyłam się całkowicie przed nim. Przed moim psem. Czułam się tak bezbronna, a jednocześnie tak bezwstydna… gdy wchodził do środka, gdy sięgał we mnie tak głęboko! Jego ruchy zaczynały się nisko, na samej łechtaczce, by potem błyskawicznie znaleźć się dalej, uwolnić mój kochany guziczek od mokrej, gorącej pieszczoty i przesunąć się do otwierającego się, ciepłego, przytulnego środka. Odlatywałam. Po prostu odlatywałam. Wbiłam twarz w poduszkę, żeby nie krzyczeć z rozkoszy.

I nagle – wszystko stanęło na głowie. Natura podpowiedziała Aresowi uznał, że jestem już gotowa. Nie przewidziałam, nie miałam pojęcia, na co się szykuje… W jednej chwili przestałam odczuwać jego język, ale zanim zdążyłam poczuć stratę, on był już na mnie. Zwalił się na mnie całym swoim ciężarem, przygniótł do pościeli. Twarde pazury przejechały mi po żebrach wywołując nagły, ostry ból. I wtedy poczułam TO. Twardy, gorący, wilgotny kształt na udzie. Gorączkowo szukający celu. Zanim zdążyłam pomyśleć, był we mnie!

Już pierwsze pchnięcie weszło gładko, choć jednocześnie tak głęboko! Ruchy Aresa były gwałtowne, jakby rozumiał, że musi mnie wypieprzyć zanim znajdę w sobie siłę, aby uciec spod niego. W jednej chwili w moim skołowanym umyśle wybuchły i zderzyły się nagłe emocje, jak pędzące ku sobie fale wzburzonego morza. Uzmysłowiłam sobie, co się dzieje i coś we mnie wrzasnęło NIE!, ale z tą samą siłą każda komórka mojego ciała krzyczała: TAK!!! Wszystko rozgrywało się w ułamkach sekund. Nie potrafiłam tego ogarnąć! Podniosłam się na łokcie. Chciałam go zrzucić. Naprawdę! Chyba krzyczałam, ale Ares nie zwracał na to uwagi. Jego penis poruszał się we mnie jak mechaniczny tłok. Nigdy w życiu czegoś takiego nie czułam. To była sama pierwotna dzikość, czysta żądza. Był taki twardy, taki wielki, a jednocześnie taki miękki. Moje wnętrze, przygotowane przez pieszczoty i wcześniejszy wstęp rozpaczliwie tego pragnęło. Ruchy, który we mnie wykonywał, doprowadzały mnie do szaleństwa. I te jego potężne łapy, ściskające mnie w pasie, przytrzymujące władczo, wciągające pod niego. Pilnujące, abym nie próbowała się wywinąć. Byłam brana, po prostu brana. Dokładnie w taki sposób, w jaki podświadomie tego pragnęłam. Byłam jego suką, którą Natura kazała mu pokryć.

I wtedy przegrałam walkę ze sobą. Jakiekolwiek hamulce, jakie jeszcze we mnie były, pękły. Nie dbałam o to, co będzie później. Nie myślałam o tym, co się ze mną dzieje, w czym uczestniczę. Znowu opadłam na łóżko, wtuliłam się w poduszkę, poddałam się całkowicie. Więcej. Nie panując nad sobą, instynktownie wypchnęłam tyłek ku górze, na spotkanie tych gorączkowych, przeszywających mnie pchnięć. Ares rżnął mnie jak szalony. Wydawało mi się to niemożliwe, ale jeszcze mógł zwiększyć tempo, ale zrobił to! Czułam go w sobie, głęboko, tak głęboko jak nigdy żadnego faceta. Końcówka jego penisa pieściła moje najskrytsze zakamarki, sięgając ujścia macicy. Nie uderzała jednak boleśnie, ale ocierała się o nią tak, że za każdym razem myślałam, że orgazm właśnie nadszedł. Zacisnęłam kurczowo palce na pościeli i bezustannie powtarzałam w myślach „pieprz mnie, pieprz mnie, pieprz mnie”. Nie wiem ile czasu to trwało, ale to była ekstaza. Zatopiłam się w niej cała. W końcu przyszedł obezwładniający orgazm. Potężny skurcz przeszył moje ciało. Znowu chyba krzyczałam. Nie mogłam złapać tchu. Chciałam, żeby już przestał, ale Ares robił swoje. Nie potrafiłam się temu przeciwstawić. I wtedy przyszła druga fala. Zacisnęłam się na jego szalejącym penisie, błagając w myślach, aby przestał.

I nagle Ares nagle zwolnił. Wepchnął się do środka, wypełnił mnie całą. Ciężko dyszałam, usiłując złapać oddech i uspokoić szalone bicie serca. W moim ciele rozchodziły się fale rozkoszy. W środku czułam jego wielkiego, pulsującego, gorącego kutasa. Nie malał, nadal wypełniał mnie i sprawiał, że mogłam jednocześnie czuć ostatnie skurcze orgazmu i to cudowne uczucie wypełnienia. Kręciło mi się w głowie, nie mogłam zebrać myśli. I wtedy TO poczułam.

Coś rosło we mnie, u wejścia do mojej obolałej cipki. Wszystko rozgrywało się za szybko. Na początku nie zwróciłam na to uwagi, ale w kilka sekund dziwne uczucie wzmogło się. To było tak, jakby ktoś włożył mi niewielki balonik i zaczął w niego szybko dmuchać. Coś było nie w porządku. Choć ręce mi drżały i odmawiały posłuszeństwa, dźwignęłam się i zrobiłam wysiłek, aby zrzucić z siebie psa. Ares nie dał się. I wtedy przestraszyłam się. Przez opary wypitego alkoholu nagle dotarło do mnie, co zrobiłam! Serce chyba mi się zatrzymało, a potem zaczęło tłuc się jak oszalałe. Szarpnęłam się, rozpaczliwie próbując się uwolnić. Chciałam tylko wypchnąć go z siebie, a potem wyczołgać się spod niego, ale nie udało mi się. Gdy tylko się ruszyłam, poczułam ból. Coś tkwiło we mnie, jak korek w szyjce butelki. Zebrałam siły i spróbowałam znowu, ale Ares warknął groźnie. Pierwszy raz w życiu warknął na mnie. Zamarłam z przerażenia. Nie dlatego, że bałam się, że mnie ugryzie… nie po tym co przez chwilą przeszliśmy. Bałam się, że coś jest nie tak jak powinno. Że zostanę tu tak, sczepiona z własnym labradorem. Przecież nie mogłam zadzwonić po pogotowie…

Ares, mój mądry Ares zachowywał się jednak spokojnie, jakby dając mi znać, że wszystko jest tak, jak być powinno. Mimo to sekundy rozciągały się w nieskończoność. Przeżywałam takie lęki, że dziwię się, że nie osiwiałam. Przed zrobieniem jakiegoś głupstwa uratowało mnie chyba tylko totalne zmęczenie i alkohol, który nadal krążył we mnie i nie zwalniał moje myśli. W końcu, po nieskończenie długim czasie, poczułam, że to coś blokujące moją biedną cipeczkę, zmniejsza się. Ares też poruszył się, jakby mówiąc mi: „Widzisz, głupiutka? Wszystko jest w porządku. Zawsze było”. Uczucie ulgi było niesamowite. Po krótkiej chwili usłyszałam głośne „plop!” i gorący psi penis opuścił moje wnętrze. Ares zsunął się ze mnie. Czułam, jak po wewnętrznej stronie ud spływają moje soki pomieszane z jego spermą. Była dziwna – mniej gęsta od ludzkiej, ale dużo bardziej obfita. Sięgnęłam palcami do obolałej cipeczki – bałam się, że Ares, choć niechcący, zrobił mi jakąś krzywdę. Bałam się, że po takiej jeździe na dłoni zostaną mi ślady krwi. Ale kiedy podniosłam rękę do oczu, przekonałam się, że moje obawy były płonne. Głębokie westchnienie ulgi wyrwało się z mojej piersi.

Ares kręcił się, niespokojny, po łóżku i znowu pchał nos między moje nogi. Przestraszyłam się, że znowu chce się do mnie dobrać, ale on tylko wysunął język i zaczął delikatnie zlizywać resztki mojego śluzu z ud. To było tak nieoczekiwane, tak słodkie i tak opiekuńcze… czułam się, jakby chciał mi podziękować za to, że mu pozwoliłam.

- Ares… – mruknęłam – co myśmy zrobili?

Powinnam wstać i umyć się… powinnam to wszystko przemyśleć… może wziąć smycz i uderzyć go, żeby nigdy więcej nie ważył się na mnie skoczyć… Nie miałam na to siły. Byłam tak zmęczona… Zamknęłam oczy… Ostatnią rzeczą, jaką pamiętałam, było to, że Ares położył się obok mnie, jakby chciał czuwać nade mną podczas mojego snu.

Ranek przychodził opornie. Obudziłam się, ale nie otwierałam oczu. Leżałam bez ruchu, starając się przypomnieć sobie szczegóły wczorajszego wieczoru. Czy to wszystko zdarzyło się rzeczywiście? Może to tylko był dziwaczny, koszmarny sen. Bałam się zderzyć z rzeczywistością, choć wiedziałam, że muszę. Najchętniej jednak zasnęłabym znowu, żeby nie musieć zastanawiać się nad konsekwencjami moich czynów. Drżałam na całym ciele. Bałam się. W końcu uznałam, że leżeniem i udawaniem, że nic się nie stało, nic nie osiągnę.

Otworzyłam oczy i zmrużyłam je usiłując przyzwyczaić je do jasności. Wszystko mnie bolało. Więc to wszystko zdarzyło się naprawdę? Usiadłam na łóżku i jęknęłam. Po obu stronach ciała, tam gdzie dosięgły mnie pazury Aresa miałam czerwone pręgi. Pościel była skotłowana i miejscami podarta. Podkuliłam nogi pod siebie i objęłam je rękami. To była prawda. Pieprzyłam się z psem. Z własnym psem. Co najbardziej mnie przerażało, to fakt, że było mi dobrze. Pamiętałam, jakie doznania wzbudził we mnie dotyk jego języka. I to niesamowite uczucie wypełnienia, gdy posiadł mnie jak sukę.

W tym momencie Ares wsunął się do pokoju. Musiał obudzić się wcześniej i polazł do kuchni, gdzie stała jego miska. Teraz podszedł do mnie, machając ogonem i uśmiechając się po psiemu. Jak on cieszył się na mój widok… Ale, łajdak, trzymał głowę nisko, jakby nie był pewien, jak zareaguję. On też chyba nie do końca potrafił odnaleźć się w tej sytuacji… Machinalnie wyciągnęłam rękę i pogłaskałam go. Szczeknął cicho i polizał mnie po dłoni.

Nagle opadło mnie przerażenie – przecież on mnie mógł czymś zarazić! Cholera wie czym, nie wścieklizną przecież, ale jakimiś bakteriami! Wciąż chowałam w sobie jego spermę! Momentalnie zerwałam się z łóżka i popędziłam pod prysznic. Myłam się długo i dokładnie, starając wypłukać z siebie wszystkie pozostałości. Spędziłam chyba pół godziny pod gorącym prysznicem, starając się uspokoić i nie myśleć o niczym.

Kiedy w końcu wyszłam z łazienki, myślałam już racjonalnie. W każdym razie mniej więcej racjonalnie. Po pierwsze, siadłam do komputera, żeby sprawdzić w dostępnych źródłach, na co jestem narażona. Dziś myślę o tym ze śmiechem, ale pierwszą rzeczą, którą sprawdziłam było to, czy mogę zajść w ciążę… W sumie niby wiedziałam, że jest to niemożliwe, ale w takiej sytuacji chyba żadna kobieta nie potrafiłaby tego nie sprawdzić. Potem przyszło szukanie informacji o chorobach odzwierzęcych. Cholera, czy ktoś z was próbował znaleźć informacje o… odzwierzęcych chorobach wenerycznych!? Na szczęście znalazłam jakieś strony po angielsku… Przy okazji dowiedziałam się też, czym jest ta dziwna bulwa u nasady penis Aresa, która przyprawiła mnie o takie przerażenie. To po prostu sposób na to, żeby cenna sperma nie wyciekała zbyt szybko ze środka suczki. Po kilkunastu minutach sama zmniejsza się i następuje rozłączenie.

Stopniowo uspokajałam się. Wyglądało na to, że mogę być spokojna. Większość chorób nie ma szans, żeby przenosić się między gatunkami. Poza tym natura obdarzyła psy doskonałą ochroną przed infekcjami. Okazuje się, że wbrew pozorom, psi penis jest wyjątkowo czysty… w odróżnieniu od niektórych męskich. Dziś myślę o tym z rozbawieniem, ale wtedy bynajmniej nie było mi do śmiechu. A Ares…? Ares siedział przy mnie cały czas, jakby dodając mi sił i pewności siebie.

Wstałam i zrobiłam sobie drinka, drążąca i skołowana. Do dziś pamiętam emocje, jakie wtedy mną szargały. Bałam się spojrzeć w lustro. Nie potrafiłam spojrzeć na siebie i spytać, jak to wszystko stało się możliwe. Bałam się swojego wzroku. Co by powiedzieli ludzie, gdyby wiedzieli…?

I nagle zrozumiałam, że wcale się to dla mnie nie liczy. Byłam u siebie, we własnym domu. Przeżyłam cudowne chwile i dwa orgazmy o sile, jakiej w życiu nie doznałam. Nikt inny nie miał do nich prawa. Nikt. Tylko ja. To moje życie i moje ciało. Nikogo nie skrzywdziłam – więc dlaczego miałabym sobie robić wyrzuty? To, czego się dopuściłam było obrzydliwe? Obrzydliwy to jest ojciec, pieprzący swoją córkę. Nieletnia panienka, która w dyskotekowej toalecie robi loda i oddaje się za marnego drinka. Dresiarz, bijący swoją blacharę. Facet, zdradzający żonę na lewo i prawo. TO jest obrzydliwe!

Przestałam się bać. A ściślej – bałam się już tylko o zdrowie. Internet to niezbyt pewne źródło wiedzy, więc po jakimś czasie zadzwoniłam do przyjaciółki-ginekolożki. Zaprosiłam ją niby-to na babskie ploty, gorączkowo usiłując wymyślić jakiś sposób niewinnego spytania gnębiącą mnie, dziwaczną sprawę. Do dziś nie wiem, jak mi się to udało i mam nadzieję, że nie wpadła na to, po co mi jest potrzebna taka wiedza. Na szczęście dyskutowałyśmy o tym, gdy była już bardzo pijana.

Od tych dni minęło już wiele miesięcy. Moje życie zmieniło się. Stałam się inną osobą. Pewnie w oczach wielu z was będę uchodzić za zboczoną. Nie obwiniam was o to. Kilka lat temu sama bym tak o sobie pomyślała. Seks z psem? Obrzydliwe! Chore! Potworne!

Dziś zaakceptowałam to, kim jestem. Tak, uprawiam seks z własnym psem. Tak, czerpię z tego przyjemność. Wielką przyjemność! Wiem… jestem suką. Prawdziwą suką. I co z tego? Uwielbiam, gdy przyciska mnie do ziemi i bierze mnie od tyłu, w zapamiętaniu ściskając przednimi łapami mój wypięty tyłeczek. Tak, jest mi z tym dobrze. Muszę zaciskać usta, żeby nie krzyczeć podczas zajebistych orgazmów. I lubię ten moment, gdy sczepieni po gwałtownym seksie, ciężko dysząc, odpoczywamy, a jego gorący penis wypełnia szczelnie moje wnętrze. Dziś, po kilku miesiącach od naszego pierwszego razu, podnieca mnie sama myśl, że moją cipkę wieczorem wypełniać będzie sperma psa.

Zabawne… czasem myślę, że Ares daje mi więcej, niż większość facetów, z którymi kiedykolwiek się spotykałam. Jest szczery – nigdy jego emocje nie są udawane. Nigdy nie skłamie, ani mnie nie oszuka. Jest opiekuńczy – wiem, że zawsze stanie w mojej obronie. Nigdy nie zrobi mi krzywdy. Jest silny i władczy. Doskonale wyczuwa mój nastrój. Jest blisko mnie, gdy jest mi źle. Czy można chcieć czegoś więcej?

A seks? Jest wtedy, gdy ja tego potrzebuję (i zawsze jest fantastyczny, pełen życia i pasji), czy może raczej – gdy oboje tego potrzebujemy. Nikt mnie do seksu nie zmusza, ani nie namawia, gdy nie mam na niego ochoty. Nie muszę udawać, że boli mnie głowa, bo akurat on ma takie potrzeby, a ja jestem zbolała, skonana. Nie muszę się tłumaczyć, że po prostu nie mam chęci. No i po naszych igraszkach nie zdarza mu się wychodzić na balkon i palić papierosa…

Nie oceniajcie mnie łatwo. Chcę tylko powiedzieć, że jestem dorosłą osobą, żyję i działam na własny rachunek – starając się nikogo nie krzywdzić. Wybrałam swoją drogę – choć nie wiem, co przyniesie przyszłość. Kto wie, może za parę lat poznam kogoś i stanę się typową polską matką, z zapracowanym mężem i dwójką rozwrzeszczanych dzieci. Może tak, może nie… Na razie jest mi dobrze z tym, jak jest i nie chcę tego zmieniać. Żyję normalnie, w zgodzie z sobą i to mi wystarcza. Jestem jedną z osób, które codziennie mijacie w sklepach, urzędach, czy na urlopie. Proszę, nie osądzaj mnie, jeśli mnie nie rozumiesz.

Dziękuję za przeczytanie mojej historii. Cieszę się, że mogłam powiedzieć o tym światu. Mam nadzieję, że ktoś mnie zrozumie. Już samo to będzie dla mnie ważne.

Imiona bohaterów z oczywistych względów zostały zmienione.

AnnHeart

Dodaj komentarz