Sen o Wiktorii

- Deportują nas, zobaczysz – powiedziałem z rezygnacją. Na załagodzenie sytuacji było już za późno. W takich momentach zawsze brakuje czasu. Kątem oka zobaczyłem jej uśmiech. Zjadliwy, ironiczny , prowokujący. Jej sylwetka mogła się wydawać niedbała, ale wiedziałem, że to z jej strony prowokacja, nogi rozstawiła szeroko i stabilnie, a lewa ręka, którą od niechcenia drapała się po głowie była gotowa do parowania ciosów. A raczej uderzania, to było o wiele bardziej prawdopodobne. Wiktoria nie lubiła uników ani bloków.

Ile to wszystko trwało, dwadzieścia sekund? Niewielkie to miało znaczenie, ważny był tylko wielki facet biegnący na mnie jak pitbull, a drugi zachodzący mnie z lewej strony. Czekał nas teraz drugi, lepiej przygotowany atak.

Wracaliśmy z Wiktorią z plaży do hotelu, by przeczekać najgorszy upał w pokoju. Uliczka prowadząca do hotelu pełna była małych kawiarenek, sklepów , lodziarni i pizzerii. Mniej więcej połowa spośród nich było zamknięta na czas sjesty. Dochodziło południe, ruch był więc mały. Właściciel straganu z arbuzami strzelał pestkami do mew.

Było ich trzech, gdyby nie krzykliwe włoskie napisy na ich podkoszulkach pomyślałbym, że to Polacy. Mieli ogolone głowy i twarze w pełni zasługujące na epitet „zakazane gęby”. Ten w środku był największy, miał bliznę w kształcie księżyca na policzku i gołą kobietę wytatuowaną na prawym przedramieniu. Po jego prawej szedł drugi, którego całe ręce, tors i plecy były pokryte gęstym owłosieniem, nosił grube, złote łańcuchy na nadgarstkach i szyi. Trzeci był spocony, pryszczaty i przypominał szczura.

- Che belle poppe – rzucił obleśnie ten największy kiedy nas mijali.

Trzeba wam wiedzieć, że Wiktoria ma rzeczywiście fantastyczne piersi. Nie jest to ten typ, który może w czasie biegania powybijać zęby, ale są niewątpliwie pełne, foremne i bardzo jędrne. Ma też piękne lekko różowe sutki, których kolor mocno kontrastuje z jej miodową cerą, zwłaszcza teraz, po tygodniu opalania się na włoskim słońcu. Mógłbym dodać, że są przy tym bardzo delikatne i czułe na dotyk i że gdyby nie jej żarłoczność i niecierpliwość w łóżku mógłbym pieścić je godzinami – ale oni o tym nie wiedzieli, chcieli po prostu zobaczyć strach w oczach dwójki turystów.

- Durne cioty – wycedziła „scenicznym szeptem” Wiktoria. „Chłopcy” nie musieli znać polskiego, żeby domyślić się, o co chodzi. To spokojnie wystarczyło, by się zatrzymali o obrócili.
- Daj spokój, to miał być nasz miesiąc miodowy, przecież… – nie było mi dane skończyć. Jak zwykle wszystko działo się poza moją kontrolą.
- Tu sei frocio – dorzuciła jeszcze dla pewności – widzisz, przygotowałam się! – dodała już tylko dla mnie z niewinnym uśmiechem przedszkolanki. Wiedziałem teraz o co pytała recepcjonistę z polsko-włoskimi rozmówkami w ręce. Nie chciała wtedy powiedzieć, czym zmusiła go do zarumienienia się.

Wielkolud szedł w moją stronę, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć albo zrobić, jego szczurowaty kolega leżał nieprzytomny na chodniku. Nie trzymał gardy, więc Wiktoria tylko rozepchnęła jego ręce na zewnątrz, po czym uderzyła prawym łokciem czysto w szczękę. Facet zawirował wypuszczając z ust krew i upadł na chodnik.

Zanim mój przeciwnik zdążył przyspieszyć kopnąłem go szybko raz w udo i od razu w kolano, ale bez efektu. Była to prawdopodobnie zasługa anabolików. Ponieważ coraz szybciej się do mnie zbliżał, a na jego twarzy rozbawienie wywołane zadziornością Wiktorii zastąpiła wściekłość zrobiłem dwa szybkie kroki w tył rzucając swój plecak na ziemię. Tę odrobinę miejsca wykorzystałem na szybkie odbicie od ściany budynku i furiacki atak na jego szyję. Ponieważ o żadnym celowaniu nie mogło być mowy trafiłem go kantem dłoni w brodę, a nie w krtań, tak jak chciałem, jednak uderzając w niego barkiem pędem całego ciała powaliłem go jakoś na Ziemię.

Przetoczyłem się i szybko kucnąłem, by z tej pozycji wyprowadzić szybkie kopnięcie z wyskoku w tego owłosionego, który wyrósł przede mną znikąd. On skurczył się i przyjął cios na ramię, co go trochę odepchnęło, tak, że moje natychmiastowe kopnięcie z pół obrotu nie dosięgło go. Korzystając z sekundy oddechu rozejrzałem się dookoła.

Okazało się, że najmniejszy z nich wcale nie stracił przytomności po spotkaniu z łokciem Wiktorii i teraz zaczął gdzieś biec krzycząc coś obelżywie. Także sprzedawca arbuzów zniknął. Nie wróżyło to nam niczego dobrego, miejmy tylko nadzieję, że wszyscy Carabinieri pochowali się przed upałem i jędzą jakiś włoski odpowiednik amerykańskich pączków.

Wielkolud tymczasem wstawał już z klęczek, a włochaty obchodził mnie, by znaleźć się po drugiej stronie.

Wiktoria tymczasem stała z boku uśmiechając się i ciesząc z widowiska. – Deportują nas, zobaczysz – to wszystko co miałem czas rzucić. Czekała nas druga fala, a ja miałem głupie wrażenie, że skupi się na mnie.

Nie chcąc dać się okrążyć wypuściłem kilka kopnięć w owłosionego zmuszając go do cofania. Potem wykorzystałem to, że cofa się coraz szybciej i swoim najmocniejszym wchodzącym kopnięciem uderzyłem go w jego zarośnięty tors. Poplątały mu się nogi i przewrócił się, uderzenie mojej prawej stopy wystarczyło, by odbić mu kilka żeber.

- Bijesz się, czy tańczysz w balecie? – rzuciła jak zawsze szczerze ubawiona. Ja tylko słyszałem, że ten największy biegnie z tyłu w moją stronę. Na odgryzienie się nie było czasu. Kopnąłem stojąc tyłem i nie odwracając się. Odbiłem się i kopnąłem jeszcze raz. Nie zdało się to na wiele. Zanim zupełnie przycisnął mnie do ściany zdążyłem jeszcze wyprowadzić jeden szybki prosty. Trafiłem w twardą kość nad okiem.

Wielkolud chciał uderzyć mnie w twarz, ale zdołałem uniknąć jego ciosu, mimo, że trzymał mnie drugą ręką. Uderzył pięścią w mur, więc drugie uderzenie poszło w mój bok. Był niesamowicie silny, poczułem się jakbym dostał młotem. Popatrzyłem mu tylko w oczy z drwiną. Czułem, że na śniadanie jadł rybę. Wtedy olbrzym wpadł na genialny sposób i zaczął mnie dusić. Nie miałem siły wykręcić mu kciuków po wcześniejszym ciosie.

Zaczynało mi się robić ciemno przed oczyma, kiedy Wiktoria z niesamowitą siłą kopnęła go kolanem w kręgosłup na wysokości lędźwi. Z powodu różnicy wzrostu musiała lekko podskoczyć. Zaczęła go uderzać łokciami i pięściami po plecach. W ten sposób zmusiła go do odwrócenia się. Zamroczony nie zauważył nawet kiedy uderzyła go w krocze. Kiedy padł na kolana chciała jeszcze uderzyć go z góry łokciem w szczękę, jak robiła to wcześniej setki razy, ale zrezygnowała. Olbrzym budził już tylko litość.

Kiedy trzymając się za krtań i podpierając o ścianę próbowałem złapać oddech Wiktoria wskazała mi palcem dwóch Carabinieri. Porwałem nasz plecak i ruszyliśmy biegiem. Byli jeszcze daleko, więc szybko skręciliśmy w pierwszy z brzegu zaułek. Znając mnie więcej kierunek do naszego hotelu poznawaliśmy miejsca, w których zwykle turyści się nie pokazują. Wiktoria dowcipkowała, narzekała na moje poczucie orientacji i na to, że było ich tylko trzech. Ja nie mogłem mówić ze względu na gardło, ale nie było źle. Czułem, że w pokoju hotelowym szybko przejdzie. Kiedy prawie dobiegliśmy do tylnej części hotelu okazało się, że ten zaułek przedzielony jest murem. Carabinieri gwizdali na siebie, nie byliśmy w stanie ocenić jak daleko są w tym labiryncie. Wskoczyliśmy na kontener na śmieci a potem na mur. Wiktoria przeskoczyła, ja obejrzałem się i zobaczyłem wybiegający zza rogu pościg. Powinni zgubić się dawno temu. Mieli nosa. Skoczyłem.

Wiktoria wskakiwała już na jakąś beczkę, potem odbiła się od ściany i w locie złapała balustrady naszego miniaturowego balkoniku. Na szczęście tylko na pokój z tyłu było nas stać.

Ja szybko wdrapałem się na parapet okna obok i przeskoczyłem na nasz balkon by ukryć się za balustradą. Przylgnąwszy do siebie nasłuchiwaliśmy przekleństw Carabinieri – jeden chyba wpadł do kontenera.

Pocałowała mnie. Zrobiłem głupią minę i wyszeptałem:

- Kolejny nudny dzień.
- To co jutro, może mały napad na bank?
- Nic z tego, dzisiaj zafunduję Ci taką noc, że nie ruszysz się jutro z pokoju – to była obietnica na wyrost, ale nieźle brzmiała. Tak naprawdę ta pani była nie do zajechania. Byłem lepszy w bieganiu, pływaniu i innych dyscyplinach wytrzymałościowych, ale w łóżku Wiktoria nigdy nie zostawała w tyle.
Kiedy Carabinieri znikli za rogiem Wiktoria wskoczyła z parapetu do naszego pokoju przez małe okienko pod sufitem. Miała na sobie tylko króciutką sukienkę plażową i bikini. To był niezapomniany widok, gdy tak się przeciskała. I zapowiadający wspaniały dzień. A potem noc.

Będąc już w pokoju Wiktoria zaczęła się rozbierać nie zwracając na mnie uwagi. Drzwi na balkon były ciągle zamknięte. Nie było tego wiele do ściągnięcia, ale za to wiele do oglądania. Potem zaczęła się smarować jakimś olejkiem po opalaniu.

- Posmaruję Ci plecy – zrobiłem minę wygłodzonego szczeniaczka.
- A dziękuję bardzo, jestem rozciągnięta, poradzę sobie – wiedziałem co to oznacza i zacząłem zbroić się w cierpliwość.

Tym razem przynajmniej mogłem sobie popatrzeć.

- Jak pójdziesz do łazienki wybijam okno.
- Ubranego Cię na pewno nie wpuszczę – czesała teraz włosy. Były krótkie, bo inaczej przeszkadzałyby jej w byciu chłopczycą. Musiałem się z tym pogodzić. No dobra, wcale nie, uwielbiałem je takie. Na zewnątrz jakiś bezdomny przeglądał bliżej nieokreślone kupy śmieci. Pomachałem mu i rozebrałem się.

- Trochę tu zimno – rzuciłem, podeszła do termometru.

- Eee, 39 stopni – przycisnęła piersi do szyby, ciągle patrząc na termometr, a nie na mnie. Pocałowałem szybę ze swojej strony w miejscu do którego przycisnęła sutki. Spojrzała na moją erekcję i posłała mi uśmiech, ale raczej obojętny, potem nie wytrzymała i roześmiała się. Myślałem, że to koniec tej gry, pomyliłem się.

Siadła na łóżku i zaczęła przez telefon zamawiać coś do jedzenia.

- Może zrobisz to z kelnerem, a ja sobie popatrzę? – Nie zareagowała, ale mnie zaczął świtać już w głowie pewien pomysł. Korzystając z tego, że nie patrzy wyjąłem z plecaka nasze telefony i zadzwoniłem do niej ze swojego. Potem swój schowałem.

Poderwała się na dźwięk dzwonka, chciała otworzyć drzwi, ale trzymałem ze swojej strony i odebrałem. Zacząłem swój teatr jednego aktora.

- Pan Ryciński? Wiktoria jest właśnie w łazience, przekazać coś? – Zaparłem się nogą, bo ciągnęła bardzo mocno – Ojej naprawdę bez tego odrzucą jej projekt? – powinienem dostać Oscara, za to ubolewanie na mojej twarzy – to może mogłaby to dosłać, to tylko jeden świstek… – wyglądała tak cudownie, lśniąca od olejku, zupełnie naga… nie wytrzymałem.

Puściłem drzwi, przewróciła się, a ja nie dałem jej już wstać. Tu i teraz była tylko moja. Dopóki śmierć nas nie rozłączy. Nie było morza pocałunków, delikatnego dotykania się w coraz to śmielszych miejscach, Wiktoria śmiało ujęła mnie i wpuściła do środka. Byliśmy rozgrzani do czerwoności i nie byliśmy w stanie dłużej czekać.

Łysi pocieszają się, że mają więcej testosteronu we krwi i są dobrzy w łóżku, założę się o fortunę Wayne’ów, że wymyślił to jakiś łysy. Przez następne czternaście godzin w pokoju hotelowym numer 118 w Neapolu kochała się para, która codziennie poświęca kilka godzin na wysiłek fizyczny. Na bieganie, pływanie, kolarstwo górskie, kajaki. Para, która wspólnie skacze ze spadochronami i nurkuje. Para, która od sześciu lat wspólnie trenuje sporty walki. Kolejno karate tradycyjne, boks, KravMagę i Brazilian-Jujitsu.

Po całej tej drace byliśmy zmęczeni, spoceni i brudni, po jakiś dwóch godzinach poszliśmy pod prysznic, tym razem coś pękło w brodziku. Był to kolejny sprzęt w pokoju, który zdemolowaliśmy. Tej cudownej nocy żadnemu z nas po raz kolejny nie zabrakło ani pary, ani ochoty. Żadne z nas nie potrzebowało wiele czasu by przeżywać niesamowite orgazmy. Pod tym względem Wiktoria biła na łeb masę polskich kobiet z ich lękami i kompleksami. Szukała kolejnych jeszcze lepszych przeżyć, a jej umysł nie znał barier. Tak jak ciało, z którym potrafiła robić niesamowite rzeczy – ledwo nadążaliśmy z pomysłami za naszymi fizycznymi możliwościami. Kiedyś zastanawiałem się dlaczego właściwie tyle czasu poświęcam na sport. Każda minuta rozciągania, kiedy łzy płynęły mi po policzkach, wszystko to żeby móc wyżej kopnąć? Czy to nie szkoda życia? Zresztą z czasem powody w stylu lepszej kondycji czy satysfakcji z samodoskonalenia się odeszły w cień, wysiłek wszedł mi po prostu w krew i tyle, potrzebowałem tego, co działo się dzięki niemu w mojej głowie. Tak stałem się tym kim jestem. Wszystko to doprowadziło mnie tu gdzie byłem, na klęczkach przy łóżku, na którym Wiktoria, trzymając się wezgłowia, rozpaczliwie próbowała złapać oddech wstrząsana kolejnymi skurczami. Jej piersi falowały w rytmie moich pchnięć. Wiedziałem, że to jej moment i z trudem się powstrzymywałem, by dalej nie przyspieszać, by nie zepsuć jej zabawy.

Jej nogi obejmowały mnie spazmatycznie, a każdy mięsień pod skórą drgał. Ten cudowny brzuch, bez grama tłuszczu, pokryty teraz cienką warstewką lśniącego potu, ramiona napięte i twarde tak jak sutki jej piersi. Jej wiecznie poszukujące dłonie, których dotyk wynosił mnie na wyżyny tyle razy – potrafiły być takie delikatne, a przecież widziałem jak wisi tylko na nich na ściankach wspinaczkowych i nawet nie widać po niej specjalnie wysiłku. Gdyby na takim modelu przeprowadzać lekcje anatomii, ileż by było chętnych do studiowania medycyny. Z tą dziką myślą doszedłem do swojego momentu.

Kiedy przebiegasz maraton w głowie panuje hormonalny chaos, wydziela się endorfina, testosteron i masa innych substancji, które potrafi nazwać tylko lekarz. O trzeciej w nocy ogarnęło mnie to samo niepowtarzalne uczucie. Zmęczenie znikło w cieniu euforii. Organizm mówił „Chcesz więcej? Nie ma sprawy…”. I było więcej, wystarczył jeden gest, który zresztą nie wyszedł ode mnie. Kiedy tak leżeliśmy na podłodze zastanawiając się jak w nasze miłosne igraszki wpleść żyrandol, całą tę romantyczną noc Wiktoria zakończyła jednym pięknym zdaniem w swoim niepowtarzalnym stylu: – Coś czuję, że jutro znowu Cię będą boleć jajka od tego walenia. Zadzwonił budzik.

***

Zadzwonił budzik. Obudziłem się z erekcją podnoszącą cienkie prześcieradło, którym byliśmy przykryci z powodu upałów. Wyglądało to cokolwiek żenująco. Mój nerwowy ruch sprawił, że się odwróciła, popatrzyła. – Znowu masz ochotę? – w tym pytaniu nie było śladu figlarności, nie nazwałbym tego rezygnacją czy odrazą, ale też na pewno nie zachętą. Ot, świeżo upieczony mąż okazał się niewyżyty do granic możliwości.

- Wezmę prysznic – odpowiedziałem patrząc w inną stronę – zimny – dodałem w myślach. Od czterech dni nie wychodziliśmy z hotelu, Ania była poparzona przez słońce i głównie czytała książki.

Mój mózg rozpaczliwie dopraszał się jakichkolwiek intensywnych bodźców, do jakich przyzwyczaiłem go przez te wszystkie lata beztroskiego kawalerskiego życia. Wczoraj z nudów zwędziłem sprzątaczce klucze i zamknąłem ją w jednym z pokoi, ale to nie było to. Już nie. Kiedyś każdy mężczyzna musi wybrać, wydorośleć dojrzeć do czegoś innego. Wybudować dom, spłodzić syna… No i ożenić się. Musi wybrać. Ja też to w końcu zrobiłem. Teraz Wiktorię mogłem mieć tylko w snach.

cgal@poczta.onet.pl

Dodaj komentarz